Jakiś czas temu, o ile dobrze pamiętam był to koniec października, może początek listopada 2007 roku zadzwonił do mnie Jasiek Sieczkowski, armator pływającej na obozach Monady i usłyszałem w telefonie: "Adam, co robisz w Sylwestra? Bo jest rejs do Kopenhagi, tydzień, na Chopinie, szansa na 100 godzin do kojota (czyli Kapitana Jachtowego), fajna ekipa..." Zaczęło się kilkudniowe rozmyślanie, do pomysłu zapaliła się również Ania P., ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że praca, czy coś, i nie bardzo może płynąć. Ja jednak twardo obstawiałem, że popłynę. Czym prędzej zrobiłem przelew za rejs, żeby głupie pomysły do głowy mi nie przyszły.
Coraz częściej w głowie pojawiały się rozmyślania co to będzie i jak to będzie. Bo, że na morze to luz, ale w zimie???!!! Ania zrezygnowała, namawiałem kilka innych osób, ale wszyscy raczej pukali się w czoło, zamiast ucieszyć się na dobrą propozycję, kilka osób bardzo się dopytywało o prom jakim popłynę, nie bardzo chcieli wierzyć, że ów prom to po prostu żaglowiec, s/y Fryderyk Chopin. Jedynie Asia zdecydowała się popłynąć. Brawo!
Przyszły Święta Bożego Narodzenia, zaraz po nich dzień na pakowanie. Co zabrać? Wszystko co ciepłe. Jeden sztormiak, drugi sztormiak, cztery bluzy, trzy pary spodni, cztery czapki, trzy pary butów, skarpetki... Wszystko oczywiście w zimowym wydaniu, wielki worek żaglarski zrobił się za mały. Druga torba też pełna. Kurtka sztormiakowa już się nie zmieściła, spiwór też, jedno zabieram na grzbiecie, drugie pod pachą. pewnie będę wyglądał jak wariat, ale co tam, jest cień szansy, że nie zmarzne, jak się zrobi 20 stopni mrozu.
Z domu wyjechaliśmy 28 grudnia 2007 roku o 0630. Spokojnie, nie spiesząc się, dojechaliśmy do Gdyni. Po drodze zabraliśmy z Gdańska KajTana, mojego kolegę z listy dyskusyjnej dotyczącej dużych fiatów. Kajtan przejął auto, zabrał na bezpieczny parking, na koniec rejsu przyjechał po nas do portu. Dziękuję bardzo.
Zostaliśmy na statku. Szybkie, sprawne mustrowanie do załogi i pierwsza nauka. Pierwsze wejście na saling, na reje, poznawanie żagli, olinowania, całego takielunku. Wieczorem spotkanie z kapitanem, już całej załogi i przede wszystkim dowiadujemy się, że nici z Kopenhagi - za mało czasu, poza tym pod wiatr mamy małe szanse na dojście tam na czas. Zatem celem naszego rejsu stało się Visby na Gotlandii. Trochę nieśmiało wspomnieliśmy o Sztokholmie, ale Kapitan szybko wybił nam to z głowy, argumentując właśnie czasem. Jak się okazało miał rację. Potem dowiedzieliśmy się kto trafił do której wachty, jakie są nasze obowiązki na statku, "szczęśliwcy" zobaczyli się na liście pomocników kuka. Trafiamy z Asią do drugiej wachty, wraz z dziesiątką takich jak my obsługujemy grotmaszt i to co na rufie statku.
29 grudnia 2007. Pobudka o 0730, takim głośnym dzwonkiem, o ósmej śniadanie, potem "rejony". Co to "rejony" - to co w wojsku - szeregowy, będziecie zamiatać od tego rogu do kolacji ;-) - czyli sprzątanie statku, idzie to sprawnie, trzy osoby robią swój rejon w góra pół godziny.
Po rejonach - wychodzimy. Cała załoga na pokładzie, wszyscy przejęci, co to będzie... Zaraz za głowkami portu stawiamy żagle. Wchodzę na grotreję, trzeba rozwiązać sejzingi na grocie aby postawić żagiel. Nawet udało mi się dojść do noku reji. Zszedłem stamtąd cały zlany potem, każde wejście dla kogoś, kto nie ma wprawy, jest wyprawą niemalże do nieba. Potem brasowanie, odpowiednie wybranie szotów, i żagle stoją! Jedziemy! Całkiem nieźle, ostro na wiatr (tutaj ostro to tak, jak pełnym bajdewindem na Morsie), w przechyle, szybko. W ciągu godziny omijamy Hel, odpadamy i wio na północ.
Wieczorem trzeba zrzucić żagle. Nie wszystkie - spadają grot, fok i chyba grotbramsel (czwarty od dołu na grotmaszcie). Próbuję wejśc na grot reję, ale się zaciąłem - początek rejsu, brak wprawy, ciemno, buja - nie dałem rady. Szczęściem oficerowie i starsi wacht są bardzo wyrozumiali i nie wganiają na górę na siłę.
Było całkiem chłodno - moim standardowym ubraniem były dwie bluzy, polarowe spodnie, trzy pary skarpetek i na to wszystko dwa sztormiaki. I czapka i zimowe rękawiczki. I mimo to zmieniamy się na wachtach, nie wszyscy muszą cały czas stać na mostku, mozna wejść pod pokład, ogrzać się tam, ale absolutnie nie wolno rozbierać się ze sztormiaków - trzba być cały czas w pełnej gotowości.
Pierwsza, wieczorna wachta - od 2000 do 2400 - mija dość ciężko. Buje, nie wszyscy czują się dobrze, kilka osób ciepi na chorobe morską. Mnie też muliło, nie obeszło się bez "pawia", na szczęście moje złe samopoczucie nie wyłączyło mnie z prac na pokładzie.
Później było łatwiej - następnego dnia wszedłem na trumsreję, (na ta najwyższą) na grotmaszcie. Wgramoliłem się tam jako pomocnik - Śląski, nasz starszy wachty wypatrzył, że trumsel (żagiel na owej reji) był źle sklarowany. Trzeba było wejśc i poprawić. To wejście ułatwiło mi bardzo późniejszą prace na rejach, po prostu pewniej się tam czułem. Poza tym duża pochwała nalezy się starszym wacht - wchodzili na górę razem z nami, dużo podpowiadali, radzili, itd - było jeszcze łatwiej.
Wieczorem, 30 grudnia weszliśmy do Visby. Tuż przed zrzuciliśy żagle, co było przysłowiową bułką z masłem, wszak morze było już dość równe, nie bujało. W ogóle na żaglowcu jest inaczej - każdy większy manewr wymaga pracy całej załogi. Jeżeli trzeba brasować, zrzucać, stawiać żagle - na deku są wszyscy. Oczywiście chwilę wcześniej rozlega się głośny dzwonek, po dzwonku słychać przez "szczekaczkę" głos Kapitana z informacją co będziemy robić. Najbardziej szczęsliwi są ci, którzy własnie usnęli...
Wieczorem - spacer po Visby, a potem robi się spiewana impreza w mesie. My balujemy do północy, ostatni kończą chyba o 3 rano :-)
31 grudnia. Rano ponowna wycieczka po Visby, oglądamy to urocze miasteczko, robimy zakupy, zdjęcia. Fajne są te skandynawskie miasteczka, spokojne, ciche, bezpieczne, zadbane, czyste... Małe domki, wszystko sprawia wrażenie totalnej sielanki :-) I pustki. Asia, która tu była latem jeszcze tego roku, opwiada, że wtedy było pełno ludzi. A teraz? Nikogo. Robimy jakieś drobne zakupy, w sklepach można płacić w Euro (całe szczęście), handlowcy stosują jakiś przywoity przelicznik, więc nie dokładamy zbytnio do tego interesu. Resztę wydają w koronach, ale fartem musimy płacić równe kwoty i takie też banknoty są w naszym posiadaniu. Na statek wrócilismy około 1400, prosto na obiad.
Po połuniu krótka drzemka, ogólnie jest bardzo wesoło, później przenieśliśmy się do klasy, gdzie stoi telewizor z odtwarzaczem video. Wśród kaset, po dłuższych poszukiwaniach, znaleźliśmy "Kilera" (wiedzieliśmy, że on tam jest, I oficer nam powiedziała, ale w którym opakowaniu?) i zrobiło się oglądanie. W trakcie przerwano nam tą miłą czynność - trzeba się było szykować do samego balu sylwestrowego.
Kambuz przygotował masę pysznego żarcia, a my zadowoleni i jednocześnie trochę niepewni znowu trafiliśmy do klasy. Pojawiła się tam cała załoga, ktoś włączył muzykę, na początku było sztywno, ale po kilkunastu minutach było już normalnie :-) Mocno wesoło, tańce, hulanki, swawole trwały do białego... e, nie do białego, bo wystarczy popłynąc kawałek na północ z Polski, aby noc znacząco się wydłużyła. Wytrzymaliśmy do czwartej rano, najwytrwalsi do siódmej.
A sam Nowy Rok? Powitaliśmy Go na całą załogą na achterdeku, strzelając korkami od szamapanów. Kapitan prażył z pieknej armatki, która normalnie mieszka w salonie kapitańskim. Huku i dymu z tego wynalazku leciało co niemiara. Fajerwerków nikt nie miał, zresztą nikomu nie przeszło przez głowę, żeby takowymi strzelać. Szkoda byłaby wielka, gdyby taki płonący wylądował na przykład na żaglu.
musieli wstac duuużo wcześniej, aby wszystko przygotować) i zaraz rozległ się wspaniały dźwięk - dzwonek - i Kapitan oznajmił przez szczekaczkę, że zaprasza wszystkich na pokład, alarm manewrowy, wychodzimy z Visby. Poubierani we wszystko co ciepłe, z szelkami na grzbietach pojawilismy się na pokładzie. Nasza wachta obsługiwała cumy i szpringi rufowe, odeszliśmy, po chwili wszystko było sklarowane. Nabieraliśmy wprawy.
Wiatru nie było zbyt wiele, zatem szefostwo zadecydowało, że stawiamy wszystkie żagle. Na bukszprycie: bramkliwer, bombramkliwer i latacz, na fokmaszcie (od dołu): fok, fokmarsel dolny, fokmarsel górny, fokbramsel, fokbombramsel, foktrumsel. Potem trójkąty między masztami: grotsztaksel i grotbramsztaksel, na grotmaszcie: grot, grotmarsel dolny, grotmarsel górny, grotbramsel, grotbombramsel (no dobra, tego nie było, podarł się na poprzendim rejsie), grottrumsel i na samym końcu postawiliśmy wielki, gaflowy sterżagiel.
Wtedy odbyła się sesja fotograficzna. Generalnie wszyscy latali cały czas po pokładzie z aparatami, niektórzy weszli na maszty, żeby zrobić zdjęcia z góry. Efektowne są bardzo.
Na pełnych żaglach popłyneliśmy może dwie godziny, zaczęło się powoli rozwiewać, więc zaczęliśmy zrzucać żagle od góry. Wiatr do tego nie był zbyt korzystny, najpierw celowaliśmy w Szczecin, potem trohę odkręciło i udało się iść na Władysławowo. Wieczorem kto mógł to wylądował w koi, trzeba było odespać sylwestrowe szaleństwa.
I tak nam upłynęła kolejna doba w morzu. Szliśmy bajdewindem, bardzo pełnym, cóż, ten typ po prostu tak ma. Jak każdy rejowec. W międzyczasie mamy wachty pokładowe, ze względu na temperaturę dzielimy się, część wachty siedzi wewnątrz, tak aby jednocześnie zbytnio nie marznąć.
Asia 2 stycznia miała kambuz, więc siedziała ledwo żywa pod pokładem, dzielnie obierając z dwójką pozostałych nieszczęśników worek ziemniaków, szykując tony kotletów i dziesiątki herbat :-) My trwaliśmy albo na górze, albo w kojach, nie wychodząc na pokład, bo zimno. Wieczorem podeszliśmy w okolice Władysławowa, może kawałek na zachód stamtąd. Wiał oczywiście wschodni wiatr. Czy mogło być inaczej? Nie, nigdy :-) Zatem pod Władkowem zwrot i znowu 6 godzin w morze. Wtedy kolejny zwrot i już na naszej wachcie (a urzędowaliśmy na pokładzie wtedy od 0400 do 0800) dopłynęliśmy w okolice Jastarni... Już wtedy było mocno zimno, trzeba się było dość często zmieniać na sterze, na oku, cięzko było wytrzymać nawet pół godziny.
Zaczęliśmy płynąć wzdłuż Półwyspu Helskiego. Pod wiatr. Pod falę. Zimno, że hoho, silnik cała naprzód, a GPS pokazuje prędkość. 1 węzeł. 1,5... 0,3... 0,8... 1,2... Krew nas trochę zalewała, ale generalnie wszystkim się już podobało, bo się przyzwyczaili do bujania i choroba morska poszła w niepamięć. Siedzieliśmy sobie w klasie, na dziobie, tam, gdzie najbardziej buja, zadowoleni, rozmawiając na rózne tematy. Potem zalegliśmy na chwilę w kojach i obudził nas dzwonek i głos Kapitana - alarm manewrowy, wchodzimy do portu.
Gdynia przywitała nas silnym wiatrem i mrozem. Potem tylko cumowanie, szybki klar i w zasadzie po rejsie. No, obiad, grupowe zdjęcia, wymiana namiarów, o 1615 przyjechał po nas KajTan (jeszcze raz dziękuję) i ruszyliśmy drogę powrotną. Ogrzewanie w aucie chodziło na maksa cały czas :-) Wracając odwiedziliśmy wspólnie kolegę Jerzego, od którego odebrałem mnóstwo części do mojego Bardzo Dużego Fiata, powspominaliśmy i... ale to już nie ta bajka.
I wspólnie z Asią chcieliśmy podziękować całej Załodze sylwestrowego rejsy na Chopinie. BYŁO SUPER!!!
SPROSTOWANIE
Biorąc pod uwagę, iż na stronie nie można niestety zamieszczać komentarzy do wstawianych artykułów zdecydowałam się skorzystać z uprzejmości administratora i zamieścić swoja refleksje na temat artykułu: „Oczami Greenhorna”. Mimo, wielu nieścisłości, których dopuszcza się autor, długo zastanawiałam sie, czy faktycznie to robić. Jednak ostatecznie, stwierdziłam, iż artykuł ten jest tak krzywdzący dla nas wszystkich, dziewczyn z załogi Chopina, iż nie potrafię tego pozostawić bez komentarza.
Autor bowiem pisze: „Patrząc od strony sternika na taką pracę można dokładnie ocenić hart ducha załogi. Na samej górze i na zewnątrz pracują 100 % faceci, w połowie masztu faceci na 50 % a na pokładzie zostają kobiety.”
Nie jestem w stanie oceniać harta ducha załogi na tym rejsie, gdyż mnie samej na nim nie było, przepływałam jednak sama na statku baaardzo dużo (troszkę ponad 19 000 mil) i nie zdarzyło mi się, żeby kobiety stanowiły większość tych, którzy przy manewrach zostają na pokładzie. Wręcz przeciwnie. Dużo częściej okazywało się, iż to kobiety właśnie są wstanie pokonać wrodzony lęk wysokości i wkrótce biegać po rejach z równą wprawa jak stała załoga Chopina. Ponadto, na wielu rejsach to kobiety w załodze ‘szkieletowej’ przewyższały mężczyzn nie tylko jeśli chodzi o liczbę, ale także odwagę i chęć pracy. Bulwersowały się, gdy niektórzy oficerowie sugerowali, iż są do pewnych czynności za słabe i udawadniały, iż są w stanie ‘wypompować’ liny, nawet jeśli nie z taka sama lekkością to na pewno równie skutecznie, jak faceci. Kapitan, Adam Kantorysiński, wielokrotnie załamywał ręce patrząc na nas i stwierdzając, iż Chopin to staje się powoli statkiem ‘bab’, gdyż faktycznie, to my, dziewczyny dominowałyśmy w ostatnich latach na jarmarkach ‘Kieler Woche’ czy ‘Rostock’, podczas gdy, jak mówił „prawdziwych facetów już nie ma”. Ja oczywiście, nie chce posunąć się aż tak daleko i nie zamierzam tu forsować zdania, iż faceci są do niczego, czy że brakuje ich zupełnie. Absolutnie. Przyznaje, ze mnóstwo mamy na pokładzie kolegów niezastąpionych (nie wspominając nawet męskiej części załogi stałej!), bez których pływanie tam to już nie to samo. Uważam jednak również, że udowodniłyśmy nasza pozycje na tym statku na tyle, iż stwierdzenia tak bardzo krzywdzące i odbiegające od rzeczywistości jak te umieszczone w poprzednim artykule, należy szybko dementować!
Jako potwierdzenie moich slow, zamieszczam zdjęcie z Kieler Woche 2005!
Pozdrawiam serdecznie, Miotla
Wspomnienia z rejsu na STS Fryderyk Chopin . Żaglowce mają swój klimat. Już na pierwszy rzut oka widać, że są to bardziej statki niż jachty. Chaotyczny jakby się mogło wydawać gąszcz lin, wielkie przekroje masztów i rej, grube i twarde liny, wiele niespotykanych na jachtach urządzeń dają do zrozumienia, ze to jest inny świat, świat wielkich żagli i ludzi morza. Stałą załogę Fryderyka Chopina stanowią zawodowi marynarze, mimo, że wielu z nich spędziło szmat czasu na statkach albo kutrach, mają szacunek do żeglarzy a nie typową dla zawodowca (morskiego kolejarza) pogardę do amatorów jachtingu. Tutaj po prostu każdy robi swoje a żeglarzami muszą być wszyscy. Reje budzą respekt, podobnie z resztą jak bukszpryt. Nie wystarczy popatrzeć na zdjęcie żaglowca i powiedzieć ''nie ma sprawy wejdę'', trzeba stanąć na pokładzie w szelkach popatrzeć w górę i ruszyć. Na 23 członków załogi zdobyło się na to tylko 7 osób, podobno to i tak niezły wynik.
Pierwszy trening.
Po całym dniu uciech portowych w Kopenhadze przyszedł czas na przeszkolenie żeglarskie i trening na rejach. Pierwsza wachta wraz z oficerem objęła swoją pieczą fokmaszt i bukszpryt, druga śródokręcie wraz ze sztakslami i trapem a trzecia rufę i grotmaszt. Ilość lin w nagielbankach przerażała. Kto to wszystko jest w stanie zapamiętać ? Na burtach giejtawy i gordingi, dalej szoty i fały, pod masztem brasy, na dziobie kontrafały kliwrów, po bokach ich szoty i jeszcze halsy od foka a wszystko to w odpowiedniej kolejności licząc od środka na zewnątrz lub od lewej do prawej, chyba nikt oprócz bosmana tego nie zapamięta.
Na rejach.
Tester hardości ducha zwany także fokmasztem wygląda bardzo okazale, może dla tego, że Chopin przy swojej wielkości ma tylko 2 maszty a może dla tego, że trzeba będzie za chwilkę na te maszty wejść. Dość powiedzieć, że kiedy bosman wbiegał na fokreję po padunach i krzyczał z góry do załogi niczym dowódca na siwym koniu do swojej armii, na pokładzie dało się odczuć delikatną woń cykorii, zrobiło się cicho… ludzie stali w milczeniu na pokładzie z zadartymi do góry głowami i patrzyli na wyczyny rejowe, coś trochę w stylu hudiniego a może latającego cyrku z czasów socjalizmu. Tuuuutaaaaj daaaajeeeemy kroooooka z paaaduuuunóów naaaa pęęęrtęęęę krzyczał. To taki mały krok może o 1-metrowej długości. Tyle, że wykonany kilkadziesiąt metrów nad pokładem z jednej sznurkowej linki na drugą chybotliwą stalową. Kiedy już smagani wiatrem leżymy brzuchem na reji a pod naszymi stopami napręża się chybotliwa stalówka zdarza się, że w pewnej chwili wyskakujemy w górę przez reję, do przodu, bo kolega napiął linę na której stałeś i zapomniał powiedzieć wchodzę. Cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko a do noku reji i ostatniego sejzinga jest jakoś dziwnie daleko.Niektórzy mówili że dla nich największym problemem był brak punktów odniesienia bo wszystko kołysze się inaczej, pokład jest daleko i zatacza się jakoś tak w przeciwfazie, sajzingi do rozwiązania przed samym nosem, ślicznie wyglądający z tej perspektywy bukszpryt wraz z załogą tańczy w swoim własny rytmie a horyzont w jeszcze innym. Ja mam tylko rozwiązać sajzingi i wydaje mi się, że wszyscy na mnie patrzą. Jaksztag to poręcz albo miejsce do którego przywiązuje się sajzingami żagiel. Pomyślałem że słowo jak to po angielsku fuj albo fee i wtedy zauważyłem na nim białą plamkę zostawioną przez mewę i chyba już wstępnie przez kogoś wytartą, bez namysłu postanowiłem również wytrzeć ją brzuchem – marynarska to rzecz, teraz i ja byłem fee. W poprzednim starciu z górnym marslem straciłem zamek od kurtki i przekonałem się, że żeglarskie czapeczki z daszkiem nie sprawdzają się na rejach, podobnie jak kalosze a ręce są pokłute przez jumprowe wszy (postrzępioną stalówkę) - trzeba było mieć rękawiczki. Patrząc od strony sternika na taką pracę można dokładnie ocenić hart ducha załogi. Na samej górze i na zewnątrz pracują 100 % faceci, w połowie masztu faceci na 50 % a na pokładzie zostają kobiety.
Klasa.
Klasa to świetlica w której odbywają się lekcje kiedy na Chopinie pływa szkoła pod żaglami. Jest tam telewizor, wideo, dvd wygodne siedzenia i atmosfera jak w kubryku żaglowca. Kiedy około 3 w mocy, przykryty wilgotnym kocem i na wpół śpiąc oglądałem tam po raz n-ty czas apokalipsy, podłoga wydawała się skakać po kilka metrów w górę i w dół. Obok leżały szelki żeby w razie czego jak najszybciej wbiec na reje. Do klasy wszedł ktoś z wachty i zatańczył na tle telewizora i tych wszystkich błysków i wybuchów, a może po prostu tylko się dziwnie zatoczył, po chwili rozległ się dzwonek – alarm do żagli. Do teraz nie udało mi się ustalić czy ta psychodeliczna dyskoteka zdarzyła się naprawdę, zmęczenie dawało o sobie znać.
Pan i władca na krańcach świata.
Pewnie wszyscy pamiętają scenę z tego filmu, kiedy francuski okręt wyłania się nieoczekiwanie z mgły i przepływając wokół rufy daje salwę prosto w zaskoczonych Anglików. My postanowiliśmy w ten sposób zapolować na Dar Młodzieży. Kiedy biała fregata stojąc na kotwicy przed portem w Kołobrzegu niczego się nie spodziewała, my wywiesiliśmy piracką banderę, przepłynęliśmy przy ich rufie i daliśmy ognia z największej armaty. Echo odbiło się od lądu a wiwatom z rej nie było końca. To musiało fajnie wyglądać z plaży. Przez radio dostaliśmy zaproszenie żeby stanąć obok na kotwicy. Na nas jednak czekała do złupienia kołobrzeska tawerna będąca własnością chiefa mechanika a nasz piracki okręt w odróżnieniu od Daru doskonale się do takiego portu zmieścił. Tego dnia zawiązało się kilka przyjaźni i załoga uległa przerzedzeniu. No cóż nie każdy urodził się piratem.
Kruzenstern.
Ten żaglowiec wygląda naprawdę pięknie. To kwestia wielkości, klasycznego ożaglowania fregaty i pewnie także malowania w stylu dawnego liniowca. Tam gdzie się pojawi stanowi od razu część krajobrazu i przywodzi na myśl dawne czasy a może starą widokówkę. Podobnie jak Chopin jest nie z tej epoki i kiedy koło niego przepływaliśmy niedaleko portu w Sassnitz wielu wiedziało już że wrócą pod wielkie żagle. Ja już też o tym wiem. Odmierzam czas do następnego rejsu - od teraz.
Majowa wyprawa Klubu Żeglarskiego „Mewa” żaglowcem Fryderyk Chopin
Pływanie żaglowcem może być ekstremalnym wyzwaniem, o ile ktoś chce pływać poważnie. Pracować na dużej wysokości na rejach, poznać takielunek – kilkaset stalowych i bawełnianych lin. Oczywiście można zabrać się także w charakterze pasażera. Wówczas warunki są prawie idealne. Toalety, szerokie koje. Może nie tak komfortowo, jak na promie, ale bezpiecznie, wygodnie i sucho.
Jednak większość tych, którzy poczuli nad sobą 1200 m2 żagli, po wyokrętowaniu mówi: JEST RYZYKO, JEST ZABAWA. I o to chodzi!
Kilkunastu członków pilskiego Klubu Żeglarskiego „Mewa” sprawdziło się w tygodniowym rejsie z Kopenhagi do Świnoujścia. Pogoda dopisała, humory też. Pozostało przyjemne uczucie pokonania własnych słabości, kiedy na wachtę wychodzić trzeba było w dwóch parach rękawiczek, czapce, trzech polarach i sztormiaku oraz niedosyt - że krótko. Łącząc jedno z drugim można ocenić, że rejs spełnił swoje zadanie: odsłonił nową stronę sztuki żeglarskiej oraz pokazał, że zimny Bałtyk w maju może dostarczyć mocnych wrażeń.
Bez przesady, pięknie
Rejs rozpoczął się od podróży promem ze Świnoujścia do Kopenhagi. Tam czekał na załogę Fryderyk Chopin – największy pływający bryg na świecie; bryg czyli konstrukcja piratów. Kilka razy zresztą pirackie predyspozycje okrętu zostały w trakcie rejsu sprawdzone.
Wysokie na 37 metrów maszty Chopina widać było na nabrzeżu Kopenhagi z daleka; statek stał naprzeciwko nowoczesnej opery miejskiej; przy bulwarze spacerowym wiodącym w kierunku Syrenki i prezentował się pięknie. Z polską banderą na rufie rzec można – dumnie. I nie ma w tym przesady…
Chopin, który aktualnie należy do Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji, do Kopenhagi przypłynął z Lizbony, prowadzony cały czas przez stałą, pięcioosobową ekipę oraz wymienną, czarterową załogę. Ostatnim etapem podróży wzdłuż wybrzeża Starego Kontynentu był odcinek: Kopenhaga – Świnoujście, który pokonali żeglarze z Piły oraz kilka osób z innych rejonów Polski.
Dlaczego to trudne?
Dlaczego pływanie żaglowcem jest trudne? Bo wymaga ciężkiej pracy na pokładzie, zwłaszcza przy małej – a taka sytuacja miała miejsce – obsadzie. Aby wykonać jakikolwiek manewr na żaglach, należy wybrać i poluzować kilkadziesiąt lin. Każda z nich jest gruba, ciężka, a bywa, że mokra. Pracuje się w rękawiczkach; alarmy do żagli budzą nawet kilka razy w nocy. Śpiącą załogę, z ciepła podgrzewanych o tej porze roku kabin, wyrywa ostry dzwonek brzęczyka i komunikat kapitana z radiowęzła. Po góra dwóch minutach ludzie ubrani: w zawiązanych butach i szelkach asekuracyjnych na plecach, meldują się na zimnym pokładzie. Mimo że wieje przeszywający wiatr; a noc przez pierwsze kilkadziesiąt sekund nie pozwala zobaczyć czubka nosa, należy szybko ruszyć do zadań. Z letargu wybudza głos bosmana, rzeczowy i nie dopuszczający sprzeciwu: "brasujemy reje foka do czarnych marek"- na przykład.
Komendy są zazwyczaj trudne do ogarnięcia, zwłaszcza w pierwszych dniach rejsu. Olinowanie i ożaglowanie to przez pierwsze trzy doby czarna magia.
Hasło: "cztery osoby na górną grotmarsreję" albo "gejtawy i gordingi fokbombramsla luzować" czy też "przygotować się do stawiania grottrumsztaksla" brzmi na początku bardziej jak żart, niż jak komenda. Jednak czas na odnalezienie konkretnego nagla (pałka na którą nałożona jest linka potrzebna do pracy) jest krótki. Kiedy już wiadomo, co należy zrobić, trzeba wykazać się siłą. Bywa, że linę ciągną trzy osoby, a kolejne dwie wybierają ją i okładają na naglu. Taką czynność należy powtórzyć w kilkunastu miejscach niemal równocześnie.
Sztuka latania
Jednak siła fizyczna to mało. Aby pływać na żaglach, należy wejść na reje. Inaczej nie postawi się, ani nie zroluje setek metrów płótna. Praca na rejach to największe – zwłaszcza dla świeżej załogi – wyzwanie. Pół biedy wejście po wantach - zwężającej się w górę drabince, po której „sztuka latania” każe wspinać się bez zabezpieczeń. Problem zaczyna się na końcu każdego „piętra”, czyli przy przejściu z wanty na taras masztu albo na pertę. "Perta" to luźna linka zaczepiona pod metalową belką rei. By na nią wejść, należy wykonać daleki wykrok; bywa że niemal szpagat, na wysokości kilkunastu metrów. Stojąc na percie, ciężar ciała trzeba przerzucić przez reję i w tej pozycji zbierać żagiel, zwisając prawie głową w dół. Po rejach bowiem nie chodzi się dla przyjemności, ale po to, by wykonać konkretną pracę. Dodać warto, że żagiel zwija się od masztu aż do noku rei – czyli do jej końca. Przejdzie kilku metrów po ruchomej lince, na dużej wysokości, przy silnie wiejącym wietrze i kołysaniu masztu kilka metrów w prawo i w lewo, to wyczyn. Na taką brawurę stać było zaledwie kilka osób z czarterowej grupy. Załoga stała „biega” oczywiście po rejach szybciej niż po lądzie – przynajmniej takie robi wrażenie...
Żaglowiec, jak magnes
Żaglowiec przyciąga tłumy. Kiedy cumuje przy nabrzeżu (rzadko kiedy, z powodu dużego zanurzenia, udaje się wejść do portu jachtowego), już stoją na nim wycieczki z aparatami i kamerami, gotowe, by fotografować się na tle burty. Zmęczonej załodze średnio uśmiecha się zazwyczaj sesja fotograficzna, ale poezja rejowca działa, jak magnez. Podczas cumowania w Sasnitz, na niemieckiej Rugii na przykład, na bulwarze zatrzymało się kilkadziesiąt osób, które robiły zdjęcia, zanim podano cumy na ląd.
W tej sytuacji nie sposób nie pełnić wacht przy trapie. Jeśli pilnujący mają dobry humor, pozwalają wycieczkom wchodzić na pokład (nigdy pod) i oprowadzają między linami. Na sesję zdjęciową turyści najchętniej wybierają dziób.
Wilki pełnomorskie
W stałej załodze Chopina pływa pięć osób. Kapitan, bosman, dwóch mechaników oraz kuk czyli kucharz. Każdy działa na pełnych obrotach. Kuk Marek na przykład co drugi dzień piecze świeży chleb, a zrobienie szarlotki, by dogodzić załodze, nie stanowi dla niego problemu. W przepastnych chłodniach trzyma zapasy warzyw, mięsa i ryb, których często nie musi uzupełniać. Ostatniego dnia rejsu załoga je na przykład barszcz ukraiński, z portugalskich buraków. Na stole pojawiają się też świeże ryby, bowiem pasją (sposobem na nudę?) zawodowej załogi jest wędkowanie, kiedy tylko udaje się postawić okręt w dryf.
Dwóch mechaników utrzymuje w stałej gotowości do pracy agregat, który razem z resztą maszyn zajmuje pół dolnego pokładu. Ale dzięki temu wewnątrz kabin i w mesie jest ciepło; na jachcie działają pralki, piece na prąd, video, a statek może być cały czas oświetlony. Bo pod pokładem pracuje mała elektrownia. Przede wszystkim jednak mechanicy zabezpieczają w „gotowości bojowej” silnik, ster strumieniowy; elektrykę jachtu i rozbudowane przyrządy nawigacyjne.
Bosman, którym od marca jest Dominik Pietrowski z Piły, ma najbardziej niewdzięczną pracę. Choć żartuje, że do postawienia 1000 m2 żagli potrzebuje zaledwie jednego palca, to on odpowiada za to, by załoga potrafiła wykonać każdą komendę; wiedziała co ciągnąć, a co i w jakiej kolejności luzować. Uczy także każdą świeżą ekipę chodzić po rejach i ewakuować się z pokładu na ponton. No i w końcu to jego dźwięk brzęczyka w pierwszej kolejności stawia na nogi i gna na zimny pokład.
Kapitan – Tomasz Ostrowski z Gdyni – manewruje 55-metrowym metrowym brygiem, jak małą łódką. Z precyzją i duża pewnością siebie. Ani razu podczas rejsu nie słychać jego podniesionego głosu, mimo to manewry wychodzą idealnie. Na szczęście zdaje się, iż na żaglowcach minęła epoka musztry wojskowej i załogę udaje się dyscyplinować profesjonalizmem, a nie krzykiem.
W funkcji oficerów wachtowych podczas pilskiego etapu rejsu pływali: Andrzej Mesojed (pierwszy), Zbigniew Romanowski (drugi) i Antoni Hanak (trzeci) – wszyscy z klubu Mewa.
Wiatr od rufy
Podczas wyprawy udaje się zwiedzić kilka urokliwych miejsc: wapienny klif na wspomnianej już Rugii; Christianso czyli kamienny archipelag wysp koło Bornholmu, na którym natknąć można się na resztki duńskiego więzienia dla kobiet.
Atrakcją rejsu jest także wystrzał armatni (jak na piracki okręt przystało) w kierunku Daru Młodzieży, kotwiczącego pod Kołobrzegiem oraz spotkanie z drugim co do wielkości na świcie żaglowcem - Kruzenszternem. Wrażenie robi też oddanie honorów banderą statkowi królowej duńskiej oraz łódź podwodna, która przez dobrą milę, w okolicach cieśnin, towarzyszy Chopinowi.
Jednak największą frajdą jest pływanie: wiatr od rufy, który majestatycznie wypełnia żagle.
Noc w koi
Życie na pokładzie ma swój rytm. Przy trzyzmianowym układzie wacht, do „pracy” trzeba wyjść co 8 godzin na 4 godziny. Cztery godziny spędzone na powietrzu, powiedzmy między godz. 00.00 a 04.00 lub między godz. 04.00 a 08.00, dają mocno w kość. Ciało przeszywa majowy chłód, na morzu połączony z mrożącym jeszcze o tej porze roku wiatrem. W ciągu ośmiu godzin wolnego (przerwanego zazwyczaj kilka razy alarmem) trzeba zdążyć się wyspać, umyć, przebrać, najeść. Jeśli do monotonnego układu wacht dołączy się dłuższa fala i silniejszy wiatr, pobyt na okręcie zaczyna przypominać pływanie latającym Holendrem. Załoga leży w kojach, pozamykana w kabinach. W mesie, na korytarzach i w sali telewizyjnej pusto. Tylko monotonne mruczenie agregatu przypomina o życiu. W trudnych warunkach – a przez dwa dni pilanie mieli okazję doświadczać także takiej przygody – wrażenie robią najprostsze gesty. Szklanka soku podana do koi i słuchawki, które ktoś pożyczy, by umilić odpoczynek. Sytuacja, w której każdemu trudno się poruszać, weryfikuje charaktery. Jasno widać, na kim można polegać.
Urlopowym marzeniem staje się noc spędzona w ciepłej koi, bez konieczności wychodzenia na pokład. Po takiej nocy, człowiek wstaje o 6 rano wypoczęty; zadowolony prostym szczęściem, które pozwoliło pokonać zmęczenie i zapomnieć o problemach zostawionych na lądzie. I o to, w tym sposobie na urlop, chodzi…
Jak co roku, także i tę zimę, żaglowiec Fryderyk Chopin spędza na Karaibach. Małe Antyle są celem ruszającej z europy ‘jesiennej’ Szkoły pod Żaglami i punktem wyjścia jej wiosennej edycji. W ciągu dzielących ich dwóch miesięcy, na Fryderyku pojawiają się turyści, pragnący odpocząć od szalejącej w Europie zimy, uczniowie Szkoły Morskiej w Kołobrzegu, odbywający na pokładzie praktyki, a także młodzież, która rokrocznie pływa na Chopinie jako tak zwana ‘załoga szkieletowa’. Teraz zarówno uczniowie jak i młodzież mają tworzyć tu wspólnie dziewięcioosobową część załogi pokładowej, odpowiedzialną za pełnienie wacht, stawianie żagli, sprzątanie, pomoc w kambuzie czy prace bosmańskie, a także starać się by czas spędzony na pokładzie był dla naszych gości jak najprzyjemniejszy.
PRZYJAZD
Dla każdego, turysty czy załogi, przylot na Karaiby jest dużym przeżyciem. Po 9 godzinach lotu z europy samolot ląduje w zupełnie innym świecie. Kto zna statek może rozpoznać już z góry charakterystycznie oświetlone maszty. Napięcie rośnie, każdy chce już znaleźć się na pokładzie, zacząć witać z załoga, poczuć się znów jak w domu. Dla tych, którzy przyjeżdżają pierwszy raz, pozytywne emocje są często równie silne co niepokój. Wszystko wydaje się obce, żaglowiec mało stabilny, koje trochę ciasne... jednakże po kilku godzinach, każdy zaczyna czuć się tu jak u siebie, niepokój znika, a radość ze słońca, egzotycznego krajobrazu, możliwości kąpieli w niesamowicie niebieskiej wodzie wprost z burty i typowej dla Chopina atmosfery, rekompensuje ewentualne niedociągnięcia. Po wylądowaniu w Fort de France, stolicy wyspy Martynika, mimo późnego wieczoru, uderza przed wszystkim upał. Udajemy się do Anse Mitan, milej zatoczki gdzie stoi na kotwicy Chopin. Przy pomoście czeka już statkowy ponton, który przewozi nas i bagaże na pokład. Po szybkiej kolacji i powitaniach idziemy spać: niestety długa podróż i pięciogodzinne przesuniecie czasu mocno dają się we znaki. Już następnego dnia wypływamy. Na Martynice udaje się więc zwiedzić tylko ‘miasteczko’, z dużą ilością bardzo przyjemnych knajpek, sklepików, ładną mariną oraz niezbyt urokliwą, bo wąską i pełną turystów, plażą. Czas na zwiedzanie całej wyspy jest przewidziany na ostatni dzień rejsu. Decydując się na wakacje na Chopinie, trzeba wybrać jedną z dwóch uczęszczanych przez żaglowiec tras: północną bądź południową. Żegluga na północ wiedzie przez takie wyspy jak Gwadelupa, Wyspy Święte, Nevis, St. Maarten i Dominika. Trasa południowa obejmuje St. Lucie, Mayreau, Tobago Cays, Bequię i Cariacou.
TRASA PÓŁNOCNA
Żegluga na północ odbywa się najczęściej z wiatrem, gdyż sprzyja temu wiejący ze stałego kierunku pasat. Płyniemy więc na żaglach ciesząc się wyjątkowo w tym roku mocnym, jak na Karaiby, wiatrem. Wypływamy zawsze pod wieczór, tak by na rano dotrzeć już do następnej wysepki i rozpocząć zwiedzanie. Po kolacji stawiamy wiec żagle rejowe, przez co każdej nocy załoga spodziewać się może alarmu do żagli, by nasze marsle zrzucić, przebrasować reje i stanąć na kotwicy w nowym już miejscu. O godzinie 7.30 znów rozlega się dzwonek. Tym razem jest to pobudka dla wszystkich. O 8 rano spotykamy się bowiem wszyscy na rufie, by zgodnie z morską tradycją postawić banderę przy równoczesnym wybijaniu ‘szklanek’ statkowym dzwonem. Następnie kapitan, Adam Kantorysiński, ustala z gośćmi plan dnia, opowiada, co warto zobaczyć i zaprasza na śniadanie. Ze zwiedzania zrezygnować musza jedynie ci, którym przypada wachta, bo wachta, jak powtarza wciąż Kapitan, to rzecz święta, lub prace bosmańskie, gdyż bosman Tomek, choć z charakteru wyjątkowo cichy, goni nas do pracy codziennie. Wyjątkiem nie są nawet kalendarzowe niedziele, a te ‘statkowe’ wypadają na Karaibach niezmiernie rzadko. Klimat Antyli służy bowiem pracom pokładowym przede wszystkim malowaniu, z czego się skwapliwie korzysta. Wyjątki zdążają się najczęściej na Dominice, gdzie ze względu na charakterystykę wyspy pada często, co zmusza do odłożenia większości statkowych robót do następnego miejsca. Pierwszą wyspą, jaką udaje nam się zwiedzić jest francuska Gwadelupa, popularne wśród turystów miejsce, z ładną plażą i typowym karaibskim miasteczkiem, gdzie dostać można przede wszystkim pamiątkowe koszulki, świeże bagietki i zimne piwo. Jednakże już następnego dnia dopływamy na dużo bardziej, moim zdaniem, egzotyczne Nevis, należące do niezależnego państwa o nazwie Nevis and St. Kitts. Stajemy na kotwicy w pobliżu stolicy, która jak chyba każde karaibskie miasteczko składa się z dwóch ulic o długości około dwustu metrów każda. Tym, co wyróżnia Charlestown to niespotykana ilość przeróżnych banków, a także piękny widok na górę Nevis Peak, ginącą najczęściej w śnieżnobiałych chmurach. Od tych chmur pochodzi właśnie nazwa wyspy, którą Kolumb nazwał Nieves, co oznacza po hiszpańsku ‘śnieg’. W odległości dziesięciominutowego spaceru od ‘centrum’ znajduje się jedna z ładniejszych plaż na Karaibach. Dzika, szeroka, pełna charakterystycznych palm jak ‘z katalogów’ i, co najpiękniejsze, prawie zupełnie pozbawiona turystów. Największe zamieszanie stanowimy oczywiście my, a jedną z większych atrakcji, poza palmami i kąpielą w niebieskiej woda, jest bar gdzie serwują tak popularny tu ‘local rum with local juice’. Kolejnym miejscem, oddalonym o cały dzień żeglugi jest St. Maarten, wyspa w połowie francuska, a w połowie holenderska. My kotwiczymy w holenderskim Phillipsbourg, które nawiedzone zostało równocześnie przez sześć(!) ogromnych wycieczkowców. W praktyce oznacza to, iż dwie uliczki miasteczka zostały całkowicie zapchane amerykańskimi turystami, przez co kontrast miedzy dzika plażą Nevis, a natłokiem ludzi tak wielkim, iż ciężko się poruszać, nie mógłby być większy. Po obowiązkowych zakupach w gęsto utkanych bezcłowych sklepikach z biżuterią, elektronika i ubraniami, opuszczamy to miejsce kierując się już w drogę powrotną. Po drodze na Iles de Saints mijamy dymiącą wyspę – wulkan Mont Serrat, a wieczorem możemy podziwiać żarzącą się na jego szczycie lawę. Niestety zbyt silny wiatr uniemożliwia nam zakotwiczenie i zwiedzenie Wysp Świętych, bez trudu natomiast dopływamy do zatoki Prince Rupert’s Bay na ulubionej przez załogę stałą wyspie, Dominice. Dominika jest najbiedniejszą, ale jednocześnie jedną z najbardziej ‘klimatycznych’ wysepek. Można tu bowiem odbyć wycieczkę po lesie tropikalnym, wykąpać się pod wodospadami, przejść się po prawdziwych plantacjach bananowych, nazbierać owoców, a także zwiedzić rezerwat Caribów, rdzennych Indian, zamkniętych w nich przez czarnoskórych mieszkańców wyspy, kiedyś przywiezionych tu jako niewolników... Atmosfera wyspy jest wyjątkowo leniwa, woda, którą tu zawsze tankujemy, krystalicznie czysta, a owoce, mimo iż, są tak często brzydkie, że nigdy nie nadawałyby się do sprzedaży w jakimkolwiek markecie, mają naprawdę niepowtarzalny smak. Kolejnym punktem podróży jest ponowny postój na Martynice, gdzie żegnamy jedną grupę turystów i witamy następną. Wszyscy też mamy okazje zwiedzić wyspę, gdzie do największych atrakcji należą miedzy innymi: czynny wulkan Mont Pelee, przepiękne plaże w południowej części wyspy, gęsto utkane gorzelnie tak popularnego tu rumu, a także ogród botaniczny Balata, gdzie obejrzeć można wszystkie gatunki roślin rosnących na Martynice.
TRASA POŁUDNIOWA
Stąd tez zaczynamy rejs na południe. Żegluga w tę stronę najczęściej wymaga pomocy silnika, przez co pozbawieni jesteśmy niestety największej, dla nas, atrakcji dostępnej na Chopinie – wspinania się na 37-metrowe maszty i stawiania żagli. Przeloty staja się wiec krótsze, a my budzeni jesteśmy prawie wyłącznie do brasowania. Komenda ‘Na square!’ – oznacza, że stajemy na kotwicy. Pierwszym miejscem godnym zwiedzenia jest St. Lucia z niezwykle fotogenicznymi wzgórzami – Pitonami, a także zatokami: Marigot i Rodney Bay. Obie są niezwykle malowniczymi, a także luksusowymi miejscami, o czym świadczą choćby stojące na kotwicowisku jachty, czy powstające wzdłuż wybrzeża wille. Ciekawostką Marigot Bay jest fakt, iż w czasie jednej z licznych wojen francusko-brytyjskich, okręty angielskie pod wodzą Kapitana Marigota, schroniły się w tym miejscu, charakteryzując maszty żaglowców tak by wyglądały jak palmy i unikając w ten sposób spotkania z nieprzyjacielem. Kolejnym miejscem jest, moja ulubiona wyspa, Carriacou. Jej stolica, Hillsbourogh przez cały rok mieni się kolorowo, dzięki żółtozielonym chorągiewkom dekorującym ulice miasta i przypominającym, wraz ze wszechobecnymi napisami ‘Happy Independence’ o uzyskanej w 1974 roku niepodległości. Miejsce to różni się od innych karaibskich stolic jedynie niezwykłą ilością naganiaczy i taksówkarzy, którzy poszukując chętnych na wycieczki po wyspie, tworzą takie zamieszanie, iż przez chwile wydaje się, że tempo życia jest tu nieco szybsze niż gdzie indziej. Nic bardziej mylnego. Wystarczy odejść od centrum, pojechać na piękną ‘Paradise Beach’, w tym roku zasypaną... jesiennymi liśćmi!, żeby przekonać się, iż życie mieszkańców jest równie leniwe i beztroskie jak wszędzie w tej strefie klimatycznej. Na wyspie można ‘zwiedzić’ charakterystyczne karaibskie sklepiki, w których do kupienia jest wszystko, od bielizny, przez farbę okrętową, po wątpliwej jakości sprzęt audio, nazbierać piękne muszle, których jest tu cale zatrzęsienie, a także powygrzewać się na malej Sandy Island. Jest to, leżąca w niedalekiej odległości od lądu, łacha piachu, na której do ostatniego huraganu rosły palmy, a gdzie od kilku lat można było tylko zbierać muszelki, opalać się i nurkować, wśród niezliczonej ilości gatunków ryb. W tym roku zastaliśmy tam również ‘szkółkę’ młodych palemek, dzięki którym miejsce to ma odzyskać swój dawny splendor. Z Carriacou udajemy się do miejsca, które niczym nie różni się od tych z katalogów w biurach turystycznych. Jest może tylko ładniejsze. Mam tu na myśli wyspę Mayreau. Po drodze mijamy jeszcze charakterystyczną Palm Island, należącą do Johna Caldwella, który w latach 60 wynajął wyspę na 99 lat i zmienił to bagniste miejsce o nazwie Prune Island, na ekskluzywny resort z bungalowami, malowniczymi palmami kokosowymi i turkusową wodą. Na Maureau docieramy wczesnym popołudniem. By dojść do najbardziej widokowego Salt Whistle Bay trzeba przejść całą wyspę, co oznacza pokonanie zaledwie kilkuset metrowej drogi. Nie jest to jednak droga łatwa, gdyż wspiąć się trzeba na wysokie, zwłaszcza zwarzywszy na tutejszą temperaturę, wzgórze. Wystarczy jednak dojść na szczyt by przekonać się, że warto. Widok bowiem obejmuje nie tylko piękną zatoczkę, z białą plażą, palmami i kotwiczącymi tam zawsze jachtami, ale także ocean i Tobago Cays, archipelag płaskich wysepek, nazywanych ‘Mekką nurków’. Na Mayreau poza opalaniem, kąpielą w niezwykle niebieskiej wodzie zatoczki, czy podziwianiem fal przyboju od strony Atlantyku, gdzie kąpiel nie jest polecana ze względu na obecność rekinów, trzeba również odwiedzić ‘bar Boba Marleya’ i spróbować zachwalanych przez wszystkich ‘lobsterów’, prawdziwej chluby tej malej wyspy. Są to świeżo złowione homary, przygotowywane, przy nas, na grillu i podawane z białym winem wprost na plaży. Wrażenie jest naprawdę niezapomniane.
POŻEGNANIE
Mayreau, ze względu na zbyt silny wiatr było ostatnią ze zwiedzanych przez nas południowych wysp. Nie dane nam było zobaczyć tym razem Bequi czy ponurkować na wspomnianych już Tobago Cays. Udaliśmy się za to jeszcze raz po krystalicznie czystą wodę na Dominikę, skąd wróciliśmy znów do Anse Mitan. W końcu nadszedł ostatni dzień tej karaibskiej sielanki. Nadszedł czas pakowania, dokupywania ostatnich drobiazgów, pamiątek, wysyłania zaległych pocztówek. Wieczorem zgodnie z chopinową tradycją czekał na nas, zamiast kolacji, przyrządzany przez Kuka Marka grill na rufie i lokalne reggae ‘serwowane’ przez ‘Ostrego’, pierwszego oficera. Nikt nie mógł uwierzyć, ze zaraz trzeba będzie opuścić ten świat i znów wrócić do zimnej i ponurej Europy. Nikt nie mógł opanować myśli, że jeszcze kiedyś trzeba tu będzie powrócić...
Lizbona, 6 października ubiegłego roku. Ostatni port kończącej się właśnie na "Fryderyku Chopinie" kolejnej Szkoły pod Żaglami. Nadszedł czas łez i pożegnań. Szesnaścioro uczniów stoi już z bagażami przy trapie i z żalem patrzy na żaglowiec. Nikt nie chce wracać do domu. Wszyscy obiecują, że na ten pokład jeszcze kiedyś wrócą... Często zastanawiałam się, cóż takiego tkwi w "Chopinie", że odjazdy z niego są zawsze takie trudne. Latem, podczas rejsów turystycznych, najczęściej mówi się, iż sprawia to tutejsza atmosfera, dzięki której znikają dręczące nas na co dzień troski. Na pokładzie nie ma problemów większych, niż to, czy dobrze postawiliśmy żagiel, kiedy mamy wachtę nocną i czy zdążymy się przed nią wyspać. W Szkole pod Żaglami jest inaczej. Szkoła jest bowiem nie tylko pretekstem do odbywania lekcji na morzu, ale uczy także żeglarskiego życia, współpracy w grupie, a świeża załoga już od pierwszego dnia przytłoczona zostaje ogromem obowiązków. Co nie znaczy, że podczas ich wypełniania brak miłych chwil...
Jak to w szkole... Każdy dzień w całości wypełniony jest zajęciami. 0730 - pobudka, 0800 - podniesienie bandery i śniadanie, do 0915 -sprzątanie żaglowca... Tu też pojawiają się zwykle pierwsze problemy. Młodzież często nienawykła do sprzątania w domu i z racji wieku buntująca się przed koniecznością utrzymywania porządku odpowiedzialna jest tu za czyszczenie łazienek i innych pomieszczeń statku. Rodzi to często niezadowolenie, ale skrupulatne egzekwowanie czystości kabin, przez kapitana, i łazienek, przez nauczycieli, szybko przyzwyczaja młodzież do tego przykrego obowiązku, który wchodzi wszystkim w nawyk i przestaje być z czasem tak nieprzyjemny. Kolejny punkt programu dnia stanowią lekcje. Na 45 dni trwania Szkoły uczniowie z różnych szkół i miast polski stanowić mają jedną klasę. Prowadzenie standardowych lekcji jest jednak niemożliwe, bo każdy z uczniów "przerabia" inny materiał, co sprawia, iż wiele zajęć sprowadza się do konsultacji. Dodatkowym problemem w naszym rejsie jest rozbieżność wiekowa młodzieży, jako że poza 13 osobami z II klasy liceum płyną z nami trzy uczennice z ostatniej klasy gimnazjum i jedna osoba z pierwszej klasy liceum. Nasz statkowy plan lekcji obejmuje, więc trzy równolegle grupy, tak by można było pogodzić wszystkie te różnice. Dla młodzieży jest to dużą zaletą, lekcje bowiem odbywają się w bardzo niewielkim gronie, a nauczyciele mogą skupić swoją uwagę na każdym, kto jej w danym momencie potrzebuje. Innej natury przeszkody napotykają nauczyciele języków obcych. Ja, ucząc języka angielskiego, poznałam ten problem wyjątkowo dobrze: każda osoba z naszej klasy uczyła się w macierzystej szkole z innego podręcznika, a poziom znajomości języka oscylował między początkującym a zaawansowanym. Rozbieżność poziomów udało się zmniejszyć, choć nie wyeliminować, poprzez podział na grupy, natomiast lekarstwem na różnice podręczników było ułożenie własnego programu, który koncentrował się na konwersacjach. Podczas rejsu uczniowie musieli jednak opanować zadany przez swoją macierzystą szkołę materiał i ci, którzy nie chcieli wrócić do domu z zaległościami, mogli zgłaszać się na dodatkowe zajęcia, na których omawialiśmy wymagane zagadnienia. W praktyce mało kto decydował się na poświęcenie tych niewielu chwil wolnego czasu na dodatkową naukę, co prawdopodobnie zaowocowało koniecznością wzmożonej pracy po powrocie do domu. Lekcje na statku odbywały się codziennie od godziny 0915 do 1330. Po zakończeniu lekcji i obiedzie rozpoczynały się prace bosmańskie. Zadaniem młodzieży było obstukiwanie z rdzy relingów i ściągaczy, malowanie nadbudówki, szlifowanie, czyszczenie, naprawianie... Po pokonaniu Morza Bałtyckiego, Północnego i Zatoki Biskajskiej, gdy temperatura podniosła się i można było więcej popracować "dla statku", lekcje zostały przełożone na popołudnie i trwały od obiadu do kolacji, a prace bosmańskie odbywały się przed południem. Taki tryb okazał się korzystniejszy nie tylko dla robót bosmańskich, ale i dla nauki. Z porannego "stukania młotkiem" można było bowiem zwolnić wszystkich uczniów mających tej nocy najbardziej męczącą "wachtę świtową" (od 0400 do 0800), co dawało dodatkowe pół dnia na sen i naukę. Poranny ruch rozbudzał ponadto całą naszą grupę i eliminował jakiekolwiek przysypianie podczas lekcji czy usprawiedliwianie zmęczenia dopiero co skończoną wachtą nocną. Po kolacji, jeżeli o 2000 nie odbywała się prowadzona przez kapitana Adama Kantorysińskiego lekcja geografii, można było nareszcie odpocząć. W praktyce sprowadzało się to do przygotowań do częstych sprawdzianów, prezentacji z angielskiego, testów ze stówek i przeróżnych kartkówek. Oprócz tego, w tzw. międzyczasie, należało jeszcze uzupełnić braki snu przed czekającą wszystkich czterogodzinną nocną wachtą. Tak wyglądał przeciętny dzień rejsu.
Jak to na żaglowcu... Nie oznacza to jednak, że nasze życie na pokładzie było jedynie ciężką harówką. Zdarzały się także przyjemne i długo oczekiwanie wyjątki w tej żeglarskiej rutynie. Wyjątki te oznaczały najczęściej brak lekcji i ogłoszenie przez kapitana "niedzieli", która wypaść mogła w... sobotę, poniedziałek czy czwartek. Na początku pretekstem do dnia wolnego były męczące nas na Morzu Północnym i w kanale La Manche sztormy. Tam mieliśmy szansę zobaczyć, jak wygląda typowe jesienne sztormowanie: ciągłe deszcze i przeciwny wiatr o sile 1OB, a po pokonaniu Zatoki Biskajskiej także prędkość żaglowca dochodząca do 11 węzłów i przechyły sięgające 35 stopni. Warunki takie sprawiały, iż lekcje były ostatnią rzeczą, na którą mieliby ochotę zarówno nie-wprawieni w żegludze uczniowie, jak i część nauczycieli. Zdecydowanie większym powodzeniem cieszył się wówczas powszechnie polecany na chorobę morską kisiel. Z czasem jednak, gdy przyzwyczailiśmy się do permanentnego bujania i często nachodzących nas silnych wiatrów, trzeba było o takiej wymówce zapomnieć. Kolejnym powodem radości były porty, na których zwiedzanie poświęcaliśmy całe dnie. Pierwszym odwiedzonym przez nas miejscem była Kilonia. Spędziliśmy tam dobę, po czym przez Kanał Kiloński ruszyliśmy na zimne Morze Północne. Płynęliśmy prosto w strefę ciepła, na Wyspy Kanaryjskie i do naszego drugiego portu dotarliśmy dopiero po 18 dniach nieprzerwanej żeglugi i przebyciu 2600 Mm. Tam też oczekiwał nas zasłużony odpoczynek. Po obejrzeniu Santa Gruz de Tenerife całą załogą wybraliśmy się na najwyższy szczyt wyspy, a także całej Hiszpanii - Pico de Teide, i na piaszczystą plażę, na którą piasek przywożony jest aż z Sahary. Następnego dnia podpłynęliśmy pod wyspę Grań Canaria, ale dotarcie pontonem na ląd uniemożliwiły nam, niestety, zbyt duże fale. W związku z tym zdecydowaliśmy się na kąpiel przy burcie "Chopina" w towarzystwie delfinów i latających ryb, skoki do wody z przyczepionej do rei liny i opalanie na pokładzie. Opuszczając Kanary obraliśmy kurs na Gibraltar. Niestety, na podejściu do portu oczekiwał nas sztormowy wiatr i złe wiadomości: w porcie nie ma dla nas miejsca. Skierowaliśmy się więc na drugą stronę cieśniny, do Ceuty, gdzie mieliśmy nadzieję zasmakować nieco afrykańskiego klimatu. Choć początkowo, dla odmiany, przywitał nas rzęsisty deszcz, następnego dnia w grzejącym słońcu ulice, ludzie, palmy, morze i piękne widoki robiły duże wrażenie. W Gibraltarze, do którego w końcu dopłynęliśmy, głaskaliśmy słynne małpki.
Jak to w rejsie... Liczba odwiedzanych przez nas portów nie była duża, a przeloty między nimi trwały długo. Nasze czteroosobowe grono nauczycielskie bardzo starało się zapewnić alternatywne atrakcje na statku, organizując np. Pokładowe Igrzyska Olimpijskie, turniej szachowo-warcabowy czy chrzest morski. Podczas igrzysk trzy wachty rywalizowały ze sobą o miano najdzielniejszej i najsprawniejszej, a my prześcigaliśmy się w wymyślaniu różnych konkurencji. Igrzyska zostały podzielone na dwa dni, a wśród konkurencji, poza standardowymi: stawianiem żagli na czas, brasowaniem żagli czy przeciąganiem liny, znalazły się między innymi: obieranie i jedzenie marchewek na czas i nieco podchwytliwy quiz dotyczący żaglowca, jego stałej załogi i nauczycieli. Podczas chrztu, na którym należało nadać świeżo upieczonym żeglarzom nowe morskie imiona, największą atrakcję stanowił przebrany za Prozerpinę z dorodnym biustem bosman, badania lekarskie prowadzone przez naszego statkowego medyka oraz fakt, iż poza młodzieżą ochrzczony został Hrabia - nauczyciel chemii i biologii, a także statkowy cook. W radosnej atmosferze zmierzaliśmy do Lizbony. Uczniowie musieli jednak przypomnieć sobie o szkolnej rzeczywistości ł rozpoczęło się zaliczanie zaległych kartkówek, pisanie prac i poprawa słabszych ocen. Nie stanowiło to już jednak dla nikogo większego problemu. Załoga zdążyła przywyknąć do żeglarskich obowiązków, konieczności wstawania na nocne wachty czy alarmy, opanowała pracę na rejach, stawianie żagli, nazewnictwo lin, a manewry szły gładko i szybko. Nie doskwierał już brak snu, konieczność sprzątania łazienek czy obierania ziemniaków. Problemy, które wcześniej wydawały się nieznośne, stały się pod koniec jedynie pretekstem do śmiechu i żartów...
Jak to w życiu... Wydaje mi się, iż to właśnie ta zmiana, jaka zachodzi w każdym, kto pozna i po kocha takie życie, sprawia, iż powroty do domu stają się trudne, a rzeczywistość tak bardzo szara. Każdy dzień na żaglowcu, chociaż wypełniony licznymi obowiązkami, do których często nie jesteśmy nawykli, wydaje się - mimo pozornej rutyny - inny od poprzedniego. Ludzi, których się tu spotyka i z którymi trzeba na co dzień żyć, poznaje się dużo głębiej niż kolegów ze szkolnej ławki, a miejsca, które zwiedzamy, na zawsze pozostają w naszych wspomnieniach. Codzienność na statku nie jest pozbawiona problemów, ale życie na nim uczy, jak te problemy rozwiązywać. Nocne wstawanie, praca na rejach czy roboty bosmańskie zmuszają do walki z własny mi słabościami, zmęczeniem, brakiem sił, a współpraca na wachtach uczy odpowiedzialności za innych oraz tolerancji dla wad i odmienności drugiej osoby. Wszystko to sprawia, iż z morza wraca się odmienionym, a największym osiągnięciem Szkoły pod Żaglami jest to, że niemal każdy zaczyna patrzeć na świat z nieco innej perspektywy...
Sobota 28 kwietnia w Szczecinie była wyjątkowa. Na ten dzień zaplanowana została uroczystość podniesienia bandery i jednocześnie inauguracja sezonu rejsów na naszym brygu "Fryderyku Chopinie". Miał to być też dzień uwieńczenia pracy wielu osób, które nie szczędząc trudu uczestniczyły w remoncie żaglowca, a byli wśród nich i nasi studenci. Już od początku kwietnia do portu szczecińskiego przybywały zorganizowane "brygady" z "europejskiej" aby pomóc stałej załodze w doprowadzeniu żaglowca do odpowiedniego stanu.
Na przebywającym od kilku dni przy Wałach Chrobrego "Fryderyku" już od wczesnego rana panowało zamieszanie. Po śniadaniu w nieco rozszerzonym składzie, ponieważ dzień wcześniej do załogi dołączyła grupa studentów naszej szkoły, kapitan Ziemowit Barański poprzydzielał zadania. Trzeba było zrobić ostatnie porządki na i pod pokładem. Powoli zaczęło nas ogarniać atmosfera wyczekiwania i zaniepokojenia, bo niebo nad Szczecinem nie wróżyło nic dobrego.
Pierwsi goście pojawili się około godziny 11. Już wcześniej na brygu dało się zauważyć włodarzy "europejskiej" - pana Rektora prof. dr hab. Aleksandra Ratajczaka, Kanclerza sędziego Dariusza Czajkę oraz koordynatora wszystkich rejsów kapitana Krzysztofa Baranowskiego. Nie kryliśmy naszej radości i dumy, gdy w rozmowach z wizytującymi żaglowiec wzbudzał sam zachwyt i podziw. W ciągu kilku dni poprzedzających tą uroczystość, nasz "Fryderyk" stał się wielką atrakcją turystyczną Szczecina pozując do wielu zdjęć i znosząc niezliczone ilości wycieczek.
Dokładnie o 11.30 uroczyście podniesiono banderę. Przedtem wszyscy nasi studenci przywdziali specjalne koszulki i ustawili się w dwuszeregu co wywołało spore zainteresowanie licznie zgromadzonej grupy przedstawicieli mediów. Mimo, że w tym samym momencie zaczął padać rzęsisty deszcz nie zakłócił on podniosłej atmosfery. W krótkiej przemowie Kanclerz sędzia D. Czajka podziękował wszystkim za włożoną pracę, przedstawił plany i cele związane z żaglowcem. Następnie część gości udała się na specjalną konferencję prasowa, a reszta rozpoczęła zwiedzanie brygu. Kolejnym punktem programu był poczęstunek i koncert muzyki chopinowskiej w świetnym wykonaniu uczestniczki "Konkursu im. F. Chopina". Tym miłym akcentem zakończyła się cała uroczystość, której nie przeszkodziła nawet nieprzychylna aura.
Wielu z nas ciężko było rozstawać się z naszym "Fryderykiem" i wracać do domu. Pocieszaliśmy się jednak myślą, że już niedługo spotkamy się na jego pokładzie, aby odbyć niezapomniane rejsy, do których wszystkich zapraszamy.
autor: Tomasz Dziadak
"Kto chce, niechaj słucha..."
... jak wyglądał pierwszy w historii EWSPiA rejs integracyjny na pokładzie żaglowca (szkolnego) "Fryderyk Chopin".
Uczestnikami było 30 świeżo przyjętych na pierwszy rok studentów, którzy - wraz z opiekunem - p. sędzią Tomczyńskim, przybyli na Wały Chrobrego, gdzie przycumowano jacht. Mimo, że studentów poproszono o przyjazd w sobotę wieczorem lub w niedzielę rano, najgorliwsi stawili się już w sobotę wczesnym rankiem. Przez cały dzień i następny ranek trwało zakwaterowywanie w kabinach.
Niedziela przywitała nas słabym deszczem. Po podniesieniu bandery, śniadaniu i rozdzieleniu wszystkich na wachty, a także wyznaczeniu wachty kambuzowej, rozpoczęło się szkolenie żeglarskie i alarmowe. Ogłoszono próbny alarm opuszczania statku - cała załoga błyskawicznie stawiła się na pokładzie w kamizelkach ratunkowych. Ochotnik założył kombinezon ratunkowy, po czym wyskoczył za burtę aby wypróbować jego działanie. Niestety, nauka obkładania lin na kołkach zwanych naglami i buchtowania (porządkowania lin) nie szła równie gładko i niektórzy jeszcze długo mieli z tym problemy.
Po południu Straż Graniczna dokonała odprawy i odcumowaliśmy. Czekało nas jeszcze kilka godzin drogi przez kanał Szczecin - Świnoujście i Zalew Szczeciński. Późnym wieczorem wyszliśmy na pełne morze. Inny od przewidywanego kierunek wiatru wymusił obrócenie rej. Manewr ten przebiegł w nagłym deszczu, co dało mały przedsmak morskiego żeglarstwa. Gdy wiatr się ustabilizował postawiliśmy żagle, obierając kurs na Kopenhagę.
Większość załogi miała jednak inne problemy - Neptun upomniał się o swoje. Choroba morska zebrała swoje żniwo tym większe, że dla wielu był to pierwszy kontakt z morzem. Śniadanie nie cieszyło się powodzeniem, obiad też, a na wachty wychodziło coraz mniej osób. Czasami brakowało nawet chętnych do sterowania, które to zajęcie z reguły cieszy się popularnością. Tym bardziej nie było ochotników do wchodzenia na maszty (z jednym chlubnym wyjątkiem). Wielu chciało wracać do domu.
Ale przed dziobem już widać było wiatraki, a pod prawym salingiem powiewała wesoło duńska flaga - nieomylny znak, że zbliżamy się do stolicy Danii.
Alarm manwerowy wyrwał załogę z ciepłych koji. Po chwili mijaliśmy jacht królewski, przycumowany w samym środku portu. Załoga w szeregu na jednej burcie, salut banderą - zgodnie z żeglarską etykietą. I już cumujemy do nabrzeża.
Z ulgą witano stały ląd. Tym wspanialszy, że w Kopenhadze jest co oglądać: Syrenka, z którą wszyscy chyba zrobili sobie zdjęcia, Pałac Królewski i zmiana warty przed nim, Muzeum Rekordów Guinessa. Oprócz tego śliczne domy i domki w całym mieście, fort wojskowy, po którym można swobodnie chodzić. Postój niewiele dłuższy niż doba nie pozwolił zobaczyć więcej.
Sam "Chopin" stał się turystyczną atrakcją dla zwiedzających stolicę turystów. Zachwytom nad urodą statku i umiejętnościami wchodzących na maszty studentów nie było końca.
Wieczorem p. sędzia Tomczyński zorganizował integracyjny wieczorek, w którym udział wzięła cała załoga. Co prawda niektórzy szybko zniknęli, ale reszta miała okazję zaśpiewać wraz z kapitanem Barańskim "Morskie opowieści" i inne morskie i żeglarskie pieśni, wspaniale grane na gitarze przez bosmana Krzyśka. Późno położyliśmy się spać.
Ostrzeżenie przed sztormem wstrzymało wyjście. Po odpoczynku i w porcie było wielu chętnych do wejścia na maszty. Widok miasta z wysokości trzydziestuparu metrów jest wspaniały.
Wiatr się uspokoił - 6 stopni w skali Beauforta - w porywach do 7 - dzięki czemu oddaliśmy cumy i zostawiliśmy Kopenhagę za rufą. Niestety, nie mogliśmy wyłączyć silnika ze względu na niekorzystny kierunek wiatru, ale żagle postawiliśmy. Tym razem nikt prawie nie chorował, a nieliczni chorujący jako metodę leczenia przyjęli leżenie na dziobie, gdzie kiwa najbardziej, w dodatku tuż przy toaletach (te zapachy). Innym przyjętym sposobem było spanie przez prawie dobę na mostku.
Noc, dzień i noc płynęliśmy do Sassnitz w Niemczech. Sen przerwały nam tylko dwukrotne alarmy do zwrotów. Poszło gładko i szybko znaleźliśmy się na miejscu, w dawnym NRD - owskim miasteczku położonym na pięknym klifowym wybrzeżu, które wyraźnie stara się zmienić w typowy, "zachodni" kurort - nowe hotele, wszechobecne remonty. Szkoda, że port nie idzie za tym trendem i wygląda raczej "wschodnioniemiecko". Obejrzeliśmy, co było do obejrzenia (raczej niewiele), a kieszenie obciążyliśmy unikatowymi, dziurkowanymi kamieniami.
Późnym wieczorem wypłynęliśmy z powrotem do Szczecina. Ten ostatni odcinek przebyliśmy wyłącznie na silniku, rano jacht wchodzi w główki Świnoujścia. Ostatnie podniesienie bandery - w bardzo skromnym składzie, czyżby studenci już myśleli o domu i pakowali rzeczy? Znowu kanał, Zalew Szczeciński i na miejsce postoju - do stoczni, gdzie "Chopin" przygotowywany będzie do "Szkoły pod Żaglami".
Uprzedzeni telefonicznie rodzice czekają już na nabrzeżu. Zacumowani musimy być bardzo precyzyjnie, manewr trwa nieco dłużej, niektórzy jakby się niecierpliwili. Wreszcie pada komenda: "tak stoimy", podajemy trap; koniec manewrów i koniec rejsu. Kapitan prosi wszystkich na spotkanie. Wszyscy uczestnicy otrzymują opinię z rejsu, która jest nie tylko pamiątką, ale też dokumentem, stwierdzającym staż morski. Nie mija godzina i jedynie kilka osób zostaje na pokładzie, reszta szybko znika. Niektórym tak się spieszyło, że nie zdążyli się pożegnać. Ci, którzy zostali, spędzili miły wieczór z załogą.